Przejdź do treści

A gdyby tak zawsze zakładać w człowieku dobre intencje?

Jesteśmy tak bardzo różni w myśleniu i rozumowaniu, w przeżywaniu i doświadczaniu, w emocjonalności i racjonalności, że nie sposób za nami wszystkimi nadążyć. I nie jest dziwne to, że jednego coś dotyka, podczas kiedy drugiego to nawet nie zastanowi, ani nie sprawi, że przyjdzie jakakolwiek refleksja. Tak bardzo namacalnie doświadczyłem tego wczoraj, że aż muszę się podzielić. 

Ojciec Grzegorz Kramer, którego bardzo szanuję ze względu na pewien gest, którego kiedyś od niego w trudnych chwilach doświadczyłem, budzi kontrowersje wśród wielu chrześcijan. Dla jednych wzór kapłana oddanego ludziom, a dla innych lewak i antyświadectwo. Cóż. Wygląda na to, że jest z tym pogodzony.

Wczoraj udostępniłem na swoim prywatnym profilu fejsbukowym jeden z jego wpisów, który bardzo mnie dotknął. Mówił o tym, że odarcie praktyk religijnych z ich pierwotnego sensu, a mianowicie z relacji, która jest między człowiekiem a Bogiem sprawia, że stajemy się nie synami, ale niewolnikami, nie dziedzicami Królestwa, a zwykłymi wykonawcami prawa. Pod moim postem, który był ewidentnie „propsujący” tę myśl, pojawiły się lajki od osób, których na moim profilu nie było chyba nigdy. Ucieszyłem się! Zrozumieli! Wiedzą, że są synami, że czas niewolnictwa w grzechu już dawno się skończył! Hm. Potem dopiero dotarło do mnie (dzięki jednej z moich znajomych), że myśl Grześka może być/jest/będzie źle odczytywana, że zostanie odebrana jako nakłanianie ludzi do omijania postu (bo o niego m.in. chodziło) ze względu na miłość, która jest miedzy nami a Bogiem. Czaicie? Zostały mi otworzone oczy.

I mógłbym teraz zacząć mówić coś w stylu: „Macie złe intencje! To fantastyczny człowiek!”, ale nie powiem, bo po co?

Okazało się, że słowa, również te komentujące Słowo Boże, mogą być przez każdego z nas inaczej pojmowane i interpretowane. Czemu? A bo drogi mamy inne, bo doświadczenie różne, bo w końcu wrażliwość i emocjonalność wrażliwości i emocjonalności nierówne.

Jedna rzecz z całej tej sytuacji jest dla mnie chyba najważniejsza. Myślę, że dużo łatwiej będzie nam się żyło, jeśli w naszych braciach będziemy z góry zakładać dobro. Tak. Wiem. Różnie to wychodzi. Ale bądźmy naiwniakami. Zakładajmy, że każdy człowiek, szczególnie ten, który mówi: „Wierzę!”, ma dobre intencje, że chce dać to, co w nim najcenniejsze. Ostatnio słyszę od wielu ludzi, że zaczęli to w swoim życiu praktykować i że żyje im się zdecydowanie lepiej. Nie myślmy od razu najgorzej, nie oceniajmy i nie mówmy: „On/ona znowu próbuje odwrócić kota ogonem.” albo „Jego/jej słowa są płytkie.” albo jeszcze „Lepiej by było, gdyby przestał/a. Więcej z tego złego niż dobrego.” Każdy z nas dzieli się tym, co ma. I jestem pewien, że każdy z nas robi to w dobrej wierze.

Popatrzmy na ludzi z takiej perspektywy. A nuż – zda to egzamin, a my będziemy w stanie wyciągnąć rękę do kolejnych i kolejnych.