Przejdź do treści

Gdzie jest Twój Lider Kościele?

Zastanawiam się, czy słowa „autorytet” i „przywództwo” mają jeszcze takie samo znaczenie, jakie miały kiedyś. Pytam poważnie – od kiedy został mi zadany obowiązek wychowywania dzieci w sferze religijnej (ale nie ma co się oszukiwać, również w tej osobowej…) zacząłem myśleć nad tym, co jako dorośli możemy przekazać młodszemu pokoleniu. Wiem. Brzmi to, jakbym był dziadkiem. Ale jeśli teraz nie zadam sobie tego pytania… to kiedy?

– Janek, jeśli będę musiał powtórzyć do Ciebie kolejny raz tę moją uwagę to w końcu zadzwonię do Twojego Taty i sobie z nim porozmawiam. Nie może tak być, że całkowicie masz w nosie to, co do Ciebie mówię! – denerwuję się jakiś czas temu na jednego z moich uczniów z poprzedniej szkoły.
– Spooooko. Już rozmawiałem z moim Tatą na Pana temat. Tatuś też uważa, że jest Pan głupi. Może Pan dzwonić. – mówi do mnie uczeń, a ja od razu zaczynam zbierać zęby z podłogi.

Kiedy opowiadam tę historię przy okazji spotkań ze znajomymi czy rodziną to wszyscy łapią się za głowę i zadają mi pytania, jak to w ogóle jest możliwe. Odpowiadam zgodnie z prawdą: „Nie mam pojęcia… Ale wiem, że nic nie mogę zrobić.” Dlaczego? Dziecko nie zostało nauczone życia w autorytecie dla nauczyciela, dla rodzica, czy w ogóle dla kogokolwiek. Czy dotyka mnie to personalnie? Nie. Ale wiem, że rodzice sami kopią sobie grób, bo jest duża szansa, że za parę lat usłyszą od Janka przykładowo takie słowa: „Nie masz nade mną żadnej władzy. Nic nie możesz. Jestem wolny.” I ja tym w ogóle nie będę zdziwiony.

Tylko czym jest wolność? O tym jeszcze będę próbował kiedyś napisać. Na razie – mocno to rozkminiam.

Kiedy zapytałem moich znajomych, z czym kojarzy im się słowo autorytet, przeczytałem: władza, zaufanie, szacunek, przywództwo, Kościół, mistrz, odpowiedzialność i kilka innych, synonimicznych. Życie z poczuciem, że mam nad sobą kogoś, komu ufam, o którym wiem, że chce dla mnie dobrze – uwalnia mnie, bo wiem, że nie idę sam. Ten, który jest moim przełożonym powinien dbać o mnie, bo jestem dla niego darem, z którego potencjału przecież, również on, korzysta na co dzień. Wszelkie liderstwo w tym ma przecież początek! Jeśli ludzie mi nie ufają, nie mogę ich poprowadzić, nie mogę nadać im kierunku, nie mogę podzielić między nas zadań do realizacji. Zostanę w końcu sam, jako ta Zosia samosia, co to se sama wszystko zrobi, bo nikt tak dobrze jak ona sobie z tym nie poradzi.

Świat dziś nie wychowuje do autorytetu, nie zachęca do zaufania drugiemu człowiekowi, bo jeśli umiesz liczyć – licz na siebie. Nie chcemy poddawać się drugiemu człowiekowi, bo często uważamy, że sami wiemy, co dla nas dobre. Nie potrafimy uznać, że ktoś może wiedzieć więcej od nas, że dla ucznia jest nauczyciel, dla sługi – pan, dla chorego – lekarz, dla podwładnego – przełożony, dla młodego – starszy, dla owcy – pasterz.

„Nikt nie będzie mi układał życia!” – krzyczymy. Ale czy bycie poddanym w posłuszeństwie, oznacza niewolnictwo albo całkowite oddanie steru komuś innemu? Powątpiewam.

Lubię patrzeć na ludzi, którzy na przywództwie zjedli zęby. Dostali po tyłkach już niejeden raz. Uczyli się bycia „dla innych” metodą prób i błędów. Modlili się, żeby powierzonych sobie ludzi nie stracić. I nie chodzi o stratę „dla siebie”, ale stratę „dla Królestwa”. Kiedy słyszę, że lider wspólnoty pyta swoich przyjaciół: „Jak myślicie? Powinienem tam pojechać?” – mam ciarki. Co on robi?! Poddaje się pod autorytet ludzi, którym ufa jako Kościołowi. Choć jemu Bóg dał przywództwo, nie jest hegemonem z władzą absolutną. Jest sługą, który słucha głosu Boga złożonego w swoich przyjaciołach. Oddaje się, powierza ich rozeznaniu swoje życie. A bo może oni widzą coś, czego nie widzi on? Przecież może być zaślepiony, podekscytowany, czy zbyt zaangażowany. Kościół widzi więcej. Dlatego jesteśmy we wspólnocie, dlatego wielu z nas przed podjęciem jakiejś decyzji prosi innych o modlitwę.

Autorytet.

Modlę się o to, żebym poprzez prawdomówność, szczerość i bezkompromisowość w spotkaniu ze złem, umiał stawać się dla ludzi autorytetem. Poniekąd każdy chrześcijanin powinien się o to modlić. Stajemy w miejscu świadectwa. Nikt krętacza słuchał nie będzie. Mamy być lampą, która świeci pełnią światła. Nie jakaś tam dioda. Lampa. Kiedy Apostołowie przemawiali do tłumów – te, nawracały się! Uczniowie poruszali się w Bożym autorytecie, bo Słowo Pana nigdy nie spada na ziemię bezużyteczne, nie wraca do Nieba bez plonu, Ono dokonuje przełomów i wraca spełnione.

Wierność Bogu. To jest klucz w posiadaniu i chodzeniu w Bożym autorytecie. A Bóg będzie współdziałał z nami (albo może bardziej – my z Nim), jeśli nasze słowa poddamy Jego oczyszczeniu, kiedy będziemy wiedzieć, że w godzinie świadectwo to nie my się wypowiadamy, ale robi to za nas Duch Święty, który jest przecież sprawcą wszelkiego chcenia i działania w nas zgodnie z Jego wolą.

I to już nie chodzi nawet o nowe pokolenia. Mam olbrzymie przeświadczenie, że poczucie przynależności i potrzeba autorytetu to lekarstwo na dzisiejsze kryzysy – na odejścia, zwątpienia, wątpliwości, wąty i rozczarowania rzeczywistością. Również, albo przede wszystkim, moje.

Niech weźmie sobie też to do serca nasza wspólnota. Kościele, gdzie jest Twój Lider? Ufasz Mu? Pytasz Go o zdanie? O rozeznanie? Gdzie jest Ten, który jest dla Ciebie autorytetem? W imieniu kogo się wypowiadasz, Kościele?

5 komentarzy

  1. Ppp Ppp

    Autorytet a przywódca – opis rysunku, który widziałem kilka miesięcy temu.
    Autorytet (lider) ciągnie linę, jednocześnie pokazując kierunek ludziom ciągnącym na linie wielki głaz razem z nim.
    Przywódca (urzędowy) siedzi na wielkim głazie i pokazuje kierunek, a ludzie go ciągną.
    Pozdrawiam.

  2. Agata Agata

    Myślę, że doskonale Pan zwerbalizował ten problem: „świat dziś nie wychowuje do autorytetu”. I dołączam do modlitwy, byśmy zakorzenieni w wierność Bogu potrafili stawać się świadectwem i sługami (dla) innych. Dziękuję za piękny, dający do myślenia tekst.

  3. Asmo Asmo

    Chyba jednak Pan pomylił znaczenie słowa autorytet z nakazem szacunku dla… Przy czym wszystkie słowa pierwszego zdania są starannie przemyślane, łącznie z owym „nakazem”. Jak trzeba być naiwnym, aby myśleć, że przez pewną zależność, tu katecheta – uczeń, łatwa droga do tego, aby stać się dla drugiego autorytetem? Niestety, nie wystarczy „prawdomówność, szczerość i bezkompromisowość w spotkaniu ze złem”, tak osiągnie Pan najwyżej opinię belfra, dla którego nie zawsze ma się li tylko szacunek. Aby być czyimś autorytetem, szczególnie dla młodych, trzeba się mocno i solidnie napracować, a jeśli się nie uda, w żadnym razie nie może mieć Pan pretensji do rodziców, tym bardziej do owego ucznia. Wina leży całkowicie po pana stronie. Autorytet i szacunek nie zdobywa się przez nadanie, niejeden belfer się o tym przekonał.
    Tymczasem Pan rozmienia nawet należny Panu szacunek na drobne. Czego się Pan spodziewał stosując groźbę powiadomienia rodziców? Bo chyba nie szacunku, raczej wymuszenia strachem właściwego zachowania. Co to ma wspólnego z wyrobieniem sobie autorytetu lub szacunku? Typowo belferskie podejście do tego problemu, pewnie oparte na książce „Wspomnienie niebieskiego mundurka” Wiktora Gomulickiego (mam na myśli relacje w szkole), nawiasem mówiąc, mnie się swego czasu bardzo ta książka podobała. Nie będę się tu wymądrzał jak trzeba dbać o szacunek dla siebie, ani tym bardziej jak stać się czyimś autorytetem, zapewniam, że w pewnych niełatwych środowiskach cieszyłem się jednym i drugim (aby nie było, nie zawsze i nie dla wszystkich). Przydałoby się własne, ale uczciwe rozpoznanie tych zagadnień, ale zapewniam, sam Bóg i stosunek do Niego – nie wystarczy. W końcu nie Pan jest Bogiem dla ucznia.

    • Bardzo Panu dziękuję za poświęcony czas na napisanie tak długiego komentarza. Czy mogę poprosić o imię i nazwisko, żebym wiedział z kim rozmawiam i aby ta nasza wymiana zdań nie była anonimowa? Będę wdzięczny.

      A ja chciałem się odnieść tylko do jednej rzeczy. Napisał Pan, cytując mnie: Niestety, nie wystarczy „prawdomówność, szczerość i bezkompromisowość w spotkaniu ze złem”, tak osiągnie Pan najwyżej opinię belfra, dla którego nie zawsze ma się li tylko szacunek.”

      Ja natomiast nie urwałem tak tego zdania i napisałem odrobinę więcej, a to moją wypowiedź stawia w innym znaczeniu. Przytoczę: „Modlę się o to, żebym poprzez prawdomówność, szczerość i bezkompromisowość w spotkaniu ze złem, umiał stawać się dla ludzi autorytetem.”

      Jaka jest różnica? Modlę się – a to oznacza, że jest we mnie wielkie pragnienie, aby to, co robię, jako pracownik, przyjaciel czy znajomy, było Bożym pomysłem na mój styl bycia. Zatem, nie mogę – przy mojej wierze i światopoglądzie – z jednej strony modlić się o dobre serce, a jednocześnie zawistnie dochodzić do czegoś innego.
      A dwa: napisałem, że właśnie przez prawdomówność, szczerość i bezkompromisowość w spotkaniu ze złem chciałbym UMIEĆ STAWAĆ SIĘ DLA LUDZI autorytetem. Nie napisałem, że chcę to zło zwalczać w nich, w ludziach. To nie moje zadanie.

      W tym kontekście moja wypowiedź nabiera chyba innego charakteru.

      I proszę mi uwierzyć, nie jestem „belfrem” i mam nadzieję, że nigdy nim nie będę.
      Pozdrawiam!

      Rafał Indyk

    • Asmo Asmo

      Przyznam, że jestem lekko zdumiony prośbą o imię i nazwisko. Zażartuję: to za karę, że poświęciłem więcej czasu na komentarz? Do moich poprzedników Pan takiej prośby nie skierował. Ok, nie jestem z tych, co chcą się kryć za nickiem, choć to nie jest zabronione. Jeśli mi Pan poda namiary na swoją pocztę mailową (skrzynka umieszczona na blogu jest dla mnie niedostępna), podam również wiek, i co sobie Pan zażyczy (z uwzględnieniem RODO). Udzielam się na wielu forach, ale nie jako hajter czy troll (chyba mnie Pan o to nie posądza?) i bardzo polubiłem swój nick.

      Przejdźmy do sedna. To, że się Pan modli niczego nie zmienia. Nieraz modlimy się o coś i tego nie otrzymujemy. Bóg za Pana tego nie załatwi. Nie bardzo rozumiem fragmentu zdania „z jednej strony modlić się o dobre serce, a jednocześnie zawistnie dochodzić do czegoś innego” (?) Kto i gdzie nakazuje Panu zawistnie dochodzić do czegoś innego i czym to coś inne jest?

      Zostawmy na razie Boga w spokoju, rzecz idzie przecież o autorytet, za którym Pan tęskni. Bez wątpienia prawdomówność, szczerość są cechami bezwzględnie koniecznymi, aby w ogóle myśleć o staniu się autorytetem. Problem jest z bezkompromisowością. Nie będę Pana namawiał na kompromis ze złem, bo to faktycznie do niczego nie doprowadzi, raczej trzeba umieć to zło obejść, dotrzeć do delikwenta z innej strony. Piętnowanie zła wprost, będzie to zło potęgować i tego Pan doświadczył, co wynika z tekstu. Taka jest jego natura. Oczywiście ja Panu nie dam gotowej recepty, bo takiej nie ma, każdy przypadek jest inny, ale skoro nawet z mordercy można wydobyć i uwypuklić dobro przy odpowiednim nakładzie sił, tym bardziej z krnąbrnym uczniem jest to możliwe. Może Pan spróbować inaczej rozumieć autorytet (celowo nie piszę powinien, musi), bo nie jest on nadawany z automatu, jak Pan sugeruje w tekście: „dla ucznia jest nauczyciel, dla sługi – pan, dla chorego – lekarz, dla podwładnego – przełożony (…)”. To są tylko zależności, a zależność nie jest gwarantem zdobycia autorytetu, jeśli rozumiemy go jako wzorzec do naśladowania, godny szacunku, poważania i uznania. Jeśli mi wolno na coś zwrócić uwagę (bez złośliwości), wydaje mi się, bo nie znam Pana, że brakuje Panu chęci zdobycia zaufania, ale od razu dodam, nie wystarczy deklaracja z gatunku: „mnie możecie zaufać”. Bez zaufania (to obszerny temat), czy Pan tego chce, czy nie, pozostanie Pan belfrem, czego oczywiście nie życzę.

      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *