Przejdź do treści

„Lubię Pana, bo Pan ma takie ciepłe i miłe ręce!”

Siedzę w kawiarni czekając na lekcje z moimi licealistami, popijam kawę, jem dobrego, owocowego eklera. Zaczynam rozmowę z moją dobrą koleżanką, osobą, którą szanuję i którą podziwiam za to, co i jak robi w życiu. Od słowa do słowa zaczynamy rozmawiać o sytuacji nauczycieli w Polsce. Był to temat przechodni, ale uruchomił we mnie coś, co gra mi w sercu już od jakiegoś czasu. I tak, jak jej napisałem pod koniec rozmowy: „Przelało mi się!”. Dlatego powstał ten emocjonalny, trudny i chyba raczej smutny tekst.

Krótka historia z lekcji. Zawsze po mojej katechezie, dzieciaki ustawiają się w pary, żeby, gdy tylko zadzwoni dzwonek, móc pobiec do łazienki, umyć sobie ręce przed tak zwaną „śniadaniówką”. Zaczynamy manewry 2-3 minuty przed końcem. Ustawiam się jako pierwszy. Podbiega do mnie zawsze chłopiec i łapie mnie za rękę. Nie byłoby to nic dziwnego i wie o tym każdy nauczyciel uczący w klasach z nauczaniem początkowym, gdyby nie to, że mam z tym chłopcem (zresztą nie tylko ja, ale również wychowawca) bardzo duże problemy wychowawcze. Zawsze, kiedy coś złego się wydarzy, młody płacze. Płacze, ale nie tak jak każde dziecko – krzycząc, szlochając. Staje sztywno, zgrzyta zębami i roni wielkie łzy. Czasem nawet zaciska pięści, a ja muszę uważać, żeby zaraz nimi nie oberwać. Po takiej „rozmowie”, po kilku minutach, łapie mnie za rękę i każe mi „sprowadzić się do swojego poziomu” i szepcze mi do ucha: „Lubię Pana, bo Pan ma takie ciepłe i miłe ręce!

Początkowo bardzo mi to schlebiało, bo pomyślałem, że takie sytuacje pokazują, że jestem w dobrym miejscu, że dobrze wybrałem swój zawód i że jestem szczęśliwcem, bo ani uczniowie, ani rodzice, ani nauczyciele, ani dyrekcja nie robią mi kłopotów z powodu mojego teologicznego wykształcenia. Nie dostaję po uszach za system uczenia religii w szkołach. Co więcej, dzieciaki mnie lubią i pozwalają „wejść na swój teren.” Nie raz i nie dwa słyszałem: „Jesteś takim samym nauczycielem jak my! Pracujesz, wychowujesz, wiążesz sznurówki, wycierasz nosy i rozdzielasz bijących się awanturników. Co więcej, jak sobie któreś dziecko zrobi coś na Twojej lekcji, będziesz miał takie same kłopoty. Jesteś nasz.

Zaraz potem pomyślałem, że historia ta wcale nie jest z serii szczęśliwych. Kiedy popatrzyłem dalej, niż na czubek swojego własnego nosa, zobaczyłem, że młody reprezentuje sporą grupę dziaciaków mających wielkie problemy emocjonalne. Nie, nikt go w domu nie bije, jest kochany, akceptowany. Ale tak działamy jako świat… Właśnie tak dzieci odbierają naszą dorosłą rzeczywistość, a my, chcąc – nie chcąc, robimy im wielką krzywdę.

I cieszę się niesamowicie, że pracuję w szkole będąc katechetą, i, przede wszystkim, facetem. Każdy nauczyciel widzi, jak bardzo młodym brakuje wzorców, jak bardzo dzieciaki są pokiereszowane rozwodami, alkoholizmem ojców, zajmowaniem się, nas dorosłych, tylko wirtualnym światem, podnoszeniem głosu z byle powodu, materializmem, modą na idealną rodzinę świetnie wychodzącą na Insta. Dzieciaki przychodzące do szkoły są tymi samymi dzieciakami, które w domu – niestety coraz częściej – nie dostają tego, co im się po prostu należy.

I właśnie dlatego jestem nauczycielem. I właśnie dlatego nie chcę pracować w markecie, w którym zarobki są dwa razy większe od tych, które dostaję jako nauczyciel (jeszcze nawet nie-stażysta), i właśnie dlatego nie chcę pracować w korporacji, za biurkiem, przy komputerze. Chcę mieć realny wpływ na to, jak zmienia się życie ludzi, którzy potrzebują innych, żeby móc jakoś wyprostować to, co im pokrzywiono! Wiecie, ile dzieciaków się przytula? Ile woła swoim zachowaniem o akceptację? Ile mimochodem mówi o tym, że oberwało od mamy albo od taty za nieposłuszeństwo? Ile z nich jest niewysłuchanych? Ile młodych ma poczucie, że są najgorsi na świecie i że nic im w życiu nie wychodzi?

I właśnie dlatego nigdy nie ucieknę i nie odepchnę dzieciaka, który z płaczem idzie się do mnie przytulić, bo „w domu to czy tamto.” Najwyżej pójdę siedzieć! Ale nie chcę być kolejną osobą, która odepchnie niewinną i szukającą miłości istotę!

Dokąd idziesz świecie?! Jesteśmy biedni jako ludzie, jeśli robimy dzieciakom taką krzywdę! Dzieci „nie służą” do niczego innego, jak tylko do kochania i akceptowania! I nieważne jest to, czy ono ma talent muzyczny, umie jeździć na koniach, programuje, czy „jedynie” lubi spędzać z Tobą czas na długich spacerach. Kochajmy dzieciaki, po prostu.

I wiem, wszystko to brzmi bardzo patetycznie. Ale to jest mój krzyk do tych, którzy mają wpływ na wychowanie dzieci. Uważajcie – to są żywe istoty, które chłoną Was, jak gąbka.

Kochajmy dzieci!

5 komentarzy

  1. Pracuję z dziećmi. Nie w szkole, ale w Domu Dziecka. Nie wiem, czy umiałabym opowiedzieć, jak bardzo pokiereszowani są moi wychowankowie. Zresztą wielokrotnie miałam przeświadczenie, że nigdy tego nie pojmę, bo ich ból, choć objawia się w zachowaniu, często nieakceptowalnym społecznie, to jednak najbardziej rani ich samych. Jest to ból, który rani duszę i rozrywa serce na kawałki. Dostrzegam to każdego dnia.
    Tak bardzo Cie rozumiem… . Dzieci są do kochania i nie można tej miłości zastąpić niczym innym.
    Kiedy słabnę i pojawiają się momenty bezsilności, to przypominam sobie kobietę, dzięki której mój świat nabrał kolorów. Siostra Jolanta – gigant miłości, oddana dzieciom powiedziała mi kiedyś, że nie można kochać za bardzo. I tego się trzymajmy, W zniszczonym przez dorosłych świecie dzieciom trzeba dać miłość. Niereglamentowaną. Staram się wierzyć, że choć owoce naszej pracy mogą być przez nas niezauważone, to kiedyś będą. Na pewno będą.
    Pozdrawiam serdecznie – Dorota

  2. A.Ngel A.Ngel

    Moja żona jest psycholożką. Przychodzi dziecko z problemem, a to problemem są rodzice. I cała terapia dziecka jest głównie uczeniem rodziców co i jak mają robić dobrze, a czego złego unikać. Inaczej z dziećmi się nie da. Szkoła, katecheta, rówieśnicy niczego nie zastąpią, najwyżej uzupełnią. Niestety, uczenie rodziców prawidłowych postaw, zachowań, tego, co jeszcze niedawno było normalnością w wychowaniu, to syzyfowa praca, gorsza niż „bylebyś cudze dzieci uczył” – „bylebyś prostował ich pogiętych rodziców”…

  3. Kasia Kasia

    Jestem głęboko poruszona tym tekstem, myśle że jeśli kiedyś zostanę mamą przypomnę sobie Twoje słowa, dziękuje !
    Pozdrawiam cieplutko

  4. dzieci są do kochania….
    tak mówiła i to dzieciakom wpajała pewna pani woźna w przedszkolu, w którym stawiałam pierwsze kroki w zawodzie nauczyciela…
    teraz jestem w innym miejscu w życiu, już nie uczę… ale wracam myślą często do tych słów…. o jakże lepszym byłby ten świat, gdyby dzieci dostawały miłości tyle, ile tylko zapragną….
    kochajmy dzieci…

    piękny ten tekst!
    pozdrawiam

  5. JS JS

    Hej,
    dzięki za ten tekst! Jak bardzo cieszę się, że nie jestem sam w takiej wrażliwości, szczególnie dotyczącej dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *