Przejdź do treści

Moje imię? Owca.

Dostałem jakiś czas temu od moich przyjaciół niewielki prezent. Przywieźli go z Włoch. Krzyż z podobizną Jezusa, Dobrego Pasterza, który na swoich ramionach niesie zmęczoną owcę. Ponieważ bardzo mi się spodobał, od razu poprosiłem mojego przyjaciela diakona o to, aby go pobłogosławił. Z dumą nosiłem go schowanego pod koszulą. Czułem się z nim bardzo bezpieczny. Przypominał mi kim jestem ja, a kim jest Dobry Pasterz, który „oddał swoje życie za owce.” (J 10, 15c) Z czasem krzyż wylądował na półce. Trochę zapomniany, trochę jakby niepotrzebny. 

Wstałem w tę niedzielą wcześniej, ponieważ, żeby dostać się na próbę scholi, musiałem z domu wyjść wyjątkowo wcześnie. Maraton sparaliżował moją drogę do Bazyliki Franciszkanów. Kiedy ubierałem koszulę mój wzrok przykuł krzyż, który porzuciłem jakiś czas temu. Założyłem go. Zrobiłem to z dokładnie tą samą dumą, co na samym początku. Pobiegłem na próbę. Potem, kiedy zaczęliśmy śpiewać pieśń na rozpoczęcie Eucharystii, uświadomiłem sobie, że jest dziś Niedziela Dobrego Pasterza. Wtedy moja ręka, niemal automatycznie, powędrowała na klatkę. Znalazłem pod koszulą krzyż z wizerunkiem Mojego Pasterza. Mocno go uścisnąłem wzruszony, przejęty i po raz kolejny zadziwiony, że Bóg posługuje się przypadkami, zbiegami okoliczności i że po tak długim czasie, ponownie założyłem ten znak na szyję. Krzyż z Dobrym Pasterzem. Dokładnie w dzień Jemu poświęcony! Po prostu: WOW!

Mszę przeżywało mi się już od tego momentu całkiem inaczej. Dotarły do mnie szczególnie dwie myśli. Pierwsza to słowa samego Jezusa:

„Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić, i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz.” (J 10, 16)

Druga natomiast to słowa brata kaznodziei: „Pasterz ma dokładnie ten sam zapach, co owce”, bo jeśli pasterz naprawdę jest pasterzem to zna owce, nadaje im imiona, troszczy się o nie, jest w stanie je rozróżnić, dobiera im odpowiednie jedzenie, wie, czego może się spodziewać po każdej z nich. Nie stroni od nich, nie brzydzi się zapachem i odchodami. Nie jest mu obojętne to, co dzieje się z tą najmniejszą i najbardziej chorą. Broni je wtedy, kiedy niebezpieczeństwo jest blisko. Troszczy się, dogląda, opiekuje się. Kocha je. Chce, aby inne owce, te zbłąkane, krnąbrne, niesforne wróciły do jego stada. Zabiega o to. Poświęca się. Wychodzi na niebezpieczne wyprawy po to, żeby odnaleźć tę, która zaginęła. Nie chce z żadnej z nich zrezygnować. Nie przeszkadza mu nawet to, że przez swoją „wolność” trochę zdziczały, że będą miały problem, żeby odnaleźć się na nowo w stadzie. Ale on się nie zniechęca. Jest opiekunem owiec. Żadna nie jest mu obojętna.

Moje imię? Owca. A moim Pasterzem jest Bóg. 

#MójBóg