Przejdź do treści

Mów tylko wtedy, kiedy trzeba

Święty Franciszek powiedział kiedyś do swoich braci, żeby nieustannie głosili Ewangelię, a gdyby to było konieczne, to także słowami. I do tego zdania można się uśmiechnąć, ponieważ jest ciekawie zbudowane i wykorzystuje pewnego rodzaju zabieg, który pokazuje inteligencję mówcy. Dobrze ubrać w słowa to, co ma się w sercu to nie lada wyzwanie.

W tych kilku słowach jest zawarte to, czego doświadczałem ostatnimi dniami. Kurcze. I tak nie uda mi się tego przelać w pełni, ale mam głęboką nadzieję, że przez te kilka zdań złapiecie chociaż sens tego, co mam w głowie i co chciałbym przekazać.

Pisałem już o tym wcześniej na FB, jarając się niesamowicie, że można o Bogu nie mówić ludziom i jednocześnie mocno na Niego wskazywać.

„Wiecie co najbardziej kręci mnie w wierze?
To, że nie mówiąc o Bogu ani jednego słowa, po prostu żyjąc najlepiej, jak się potrafi, można ukierunkować czyjeś myśli na myślenie o Nim.
Żyjesz, jak potrafisz. Starasz się, żeby było dobrze. Chcesz uśmiechem zdobywać ludzi. Po czym podchodzi do Ciebie ktoś i mówi: „Wiem, że u Ciebie mogę tego poszukać; że mogę Ciebie o to zapytać.”
Czujecie to? 

Zawsze męczyli mnie ludzie, którzy głośno i agresywnie wypowiadali swoje poglądy. Wiecie – zmuszanie mnie do wysłuchiwania czyichś poglądów, stawianie mnie, jako zwykłego obywatela i mieszkańca Krakowa, przez zdjęciami pomordowanych dzieci, przed wielkimi billboard’ami ukazującymi konsekwencje aborcji – wszystko to oraz wiele innych „akcji uświadamiających społeczeństwo” doprowadza mnie do szału.

Czemu zestawiam to wszystko ze świadectwem o Jezusie? Doświadczyłem w ostatnim czasie tego, że Bóg potrafi zadziałać w naszym sercu w sposób bardzo dyskretny. Pobudza nas do dobrego życia (oczywiście: bez Jego pomocy niewiele jesteśmy w stanie zrobić, ponieważ to On jest sprawcą wszelkiego chcenia i działania), natomiast to nasze ciche podążanie za Nim może wydać wielkie owoce. Robisz to, co wynika z Twoich przekonań. Więcej: robisz to, co wynika z Twojej osobistej relacji, jaką masz ze swoim Bogiem, a inni potrafią to dostrzec.

Jak oni to robią? Nie mam pojęcia!

Wydaje mi się jednak, że z pomocą może nam przyjść Mojżesz, który ze spotkania z Bogiem Jahwe wychodził „świecący”! Po modlitwie jego twarz była rozjaśniona. Może prawdziwe i oddane Bogu chrześcijańskie życie „działa” na podobnej zasadzie? Kiedy idziemy z Jezusem to świecimy? Dajemy – trywialnie i pospolicie mówiąc – dobre świadectwo? A co jeśli nie mamy takiego zamiaru? Czy Bóg może się mną posłużyć, kiedy dobrze wypełniam swoje obowiązki? Kiedy troszczę się o powierzonych sobie ludzi? Czy wtedy, kiedy dobrze traktuje innych (dobrze to znaczy z oddaną miłością) Bóg może poruszyć serca i przyprowadzić je do pragnienia spotkania z Nim? Czy nasze życie może być takim pierwotnych natchnieniem, przez które Bóg popchnie kogoś do modlitwy, do rozmowy, do spotkania z Tym, który kocha?

Nie chce być źle zrozumiany! Mówienie ludziom o tym, co nas spotkało, o tym, jak Bóg nas przemienia – jest ważne! Ale nic z tego, jeśli nasze „kazania” będziemy głosić tylko ustami. Już św. Franciszek doskonale to rozumiał.

Najpierw – żyj. Potem – mów; mów jeśli trzeba.