Przejdź do treści

Narkoman dał mi światło!

Zostałem poproszony o posługę śpiewem na uwielbieniu, które miało poprzedzać świadectwo Marcina Zielińskiego w trakcie Franciszkańskiego Spotkania Młodych. Już sam fakt, jak się tam znalazłem zasługuje na oddzielny wpis, ale oszczędzę Wam tych wrażeń. Niech pozostaną we mnie i moich ziomkach, którzy stali tam ze mną ramię w ramię. Dziś będzie o drugim człowieku. Konkretnym. O moim bracie. Narkomanie.

W czasie modlitwy, którą prowadził Marcin zaraz przed sceną, na której staliśmy, spoczął w Duchu Świętym (jak chcę w to głęboko wierzyć!) jeden z uczestników modlitwy. Młody chłopak, którego znałem tylko z widzenia jako pacjenta jednego z ośrodków uzależnień, który w tych dniach uczestniczył w spotkaniu młodych. Gościu poleżał naprawdę chwilkę, potem zerwał się na równe nogi. Zaraz potem usiadł na kocu i podniósł głowę. Spotkał mój wzrok. Przez chwilkę biegał oczami na prawo i lewo, jakby szukając myśli. Potem znowu mocno zapatrzył się na mnie. Na mnie uśmiechniętego od ucha do ucha, pełnego wzruszenia. Patrzyliśmy na siebie dobre kilka sekund. W jego oczach zobaczyłem realne szczęście i przejęcie tym, że Pan dotknął w przedziwny sposób jego serce.

Rozeszliśmy się.

Drugi raz spotkałem go kilka godzin później. Poznał mnie. Ale ponieważ jest pacjentem ośrodka, nie za bardzo może rozmawiać z kim popadnie. Zatem zaryzykować postanowiłem ja.

Ja: Brachu! Widziałem być może coś, czego inni wtedy w Tobie nie zauważyli! Widziałem, że Pan dotknął Cię i bardzo mnie to cieszy!
Ziomek B.: Wiesz co? Kurde. To było, kurde, jakieś dziwne. Ale ja, kurde, czułem, że, kurde, jestem szczęśliwy.
Ja: Czad! Obiecuję modlić się za Ciebie, a Ty, błagam Cię, wyjdź z ośrodka zdrowy! Nigdy się nie poddaj. Plis.
Ziomek B.: Kurde, jak tylko będę żył, to chcę tu, kurde, być, kurde, za rok! I też będę o Tobie myślał!

Wiem, że człowiek uzależniony mówi pod wpływem emocji różne rzeczy. Wiem też, co widziałem. Jego twarz w trakcie tej modlitwy była bardzo jasna i bardzo pogodna. Wierzę, że to, czego doświadczył da mu siłę, żeby później, kiedy będzie walczył z nieprawdopodobnym złem, jakim są dragi, stanąć odważnie i opowiedzieć się po dobrej stronie.

Już następnego dnia widziałem, jak się zmienił. Siedział w Sanktuarium w pierwszym rzędzie ze śpiewnikiem w dłoni i darł się nieprzeciętnie śpiewając teksty liturgicznych pieśni. Kilka razy spotykaliśmy się wzrokiem w czasie Eucharystii. Był zawsze uśmiechnięty. Na koniec, przed wyjazdem znalazł mnie, przytulił mocno i powiedział, że zapamięta te chwile na długi czas.

I choć wysłuchałem sporo konferencji, uczestniczyłem w wielu nabożeństwach, wyśpiewałem dziesiątki pieśni – Bóg przyszedł do mnie w narkomanie i powiedział mi: Raf, JESTEM w nim. Przytul mnie i módl się za to porozbijane serce. Bo lekarza potrzebuje ten, który ma się źle. 

Tak sobie myślę… Pan bardzo kocha nas, poranionych i porozbijanych przez życie.

I pokazał mi to narkoman. Nikt inny. Właśnie on.