Przejdź do treści

No to i ja złożę oświadczenie!

Jakoś się tego wszystkiego zrobiło nagle tak dużo. Jedni czują się atakowani i uważają, że policzkom wymierzonym w Kościół nie ma końca. Inni natomiast żyją w całkiem innym świecie, a kiedy, ot tak, przy kawie zapytasz ich, co myślą na temat ks. Stryczka, pedofilii wśród duchownych czy głośnego „Kleru”, oni wywalają oczy jak pięć złotych i w niepewności, wzrokiem, zadają pytanie: „A o co w ogóle chodzi…?”

No bo sami przyznajcie, że można się zapętlić. Sam ostatnio pół dnia siedziałem i czytałem, jak się dwie strony sporu obrzucają argumentami i oświadczeniami. Wciągnąłem się, bo byłem ciekawy, kto będzie miał ostatnie słowo, do czego to wszystko poprowadzi. Nie będę ukrywał, że tak naprawdę to nie dotyka mnie to wszystko jakoś nadzwyczajnie. Wiem, można mi zarzucić totalną znieczulicę. Ci, którzy mnie znają, dobrze jednak wiedzą, że to nieprawda. Jestem hiper-wrażliwy i może właśnie dlatego przeżywam wszystko, jak stonka wykopki. Ale…? Nie tym razem.

Nie dziwi mnie to, że taki a taki zrobił coś takiego czy innego. Wiadomo. Boli i zastanawia, czy musiało się to wszystko tak potoczyć. Ale nie dziwi i, co chyba dla mnie najważniejsze, nie jest mnie w stanie oddalić czy zrazić do Kościoła. Za dużo widziałem, za wiele słyszałem, w zbyt wielu miejscach byłem, żeby uzależniać moją przynależność do Kościoła od ludzi. Jeśli idę do jednego kościoła i słyszę polityczną agitację – idę do drugiego. Jeśli w tym kościele usłyszę od spowiednika obraźliwe słowa, które dotykają mnie i ranią – zapamiętuję, ostrzegam przyjaciół i idę do innego.

Zatem oświadczam: Kościół to mój dom.

I może dlatego nie zgadzam się, żeby z jakiegokolwiek powodu ktoś uogólniał myśl, wszystkich wkładał do jednego worka, wszystkim przypinał te same łatki cech, zachowań i pragnień.

Zatem oświadczam: Kościół to dla mnie rodzina.

Dopiero teraz to odkrywam. No, czasami się zdarza, że i rodziną się człowiek żenuje i kiedy na nią patrzy, to ma ochotę zakopać się pod ziemię i powiedzieć, że nie ma z nią nic wspólnego. Tylko, że to nic nie zmienia. Troska o każdego pochorowanego człowieka w Twoim domu, to Twój obowiązek. Czasem zmusić go należy do pewnych działań, które ochronią resztę przed nim samym. Myślę, że rozumiecie.

Wszystko to jednak nie niszczy tego, co leży u samych fundamentów. I nie, nie zamierzam mówić o Świętości Kościoła, wśród grzeszności Jego członków. Bo po co? Zła nie da się usprawiedliwić, ale za zło warto pokutować, a kiedy trzeba – srogo na nie zapłacić. Ale czy to oznacza odwrócenie się na pięcie i powiedzenie: „Umarł Kościół. Z takimi na pokładzie – utoniemy wszyscy, nie ma dla nas ratunku. Tak źle nigdy nie było.” Otóż było. „Nihil novi sub sole” – jak to mówią. Zobaczymy to i jeszcze więcej.

I obok tych wszystkich medialnych dyskusji, obok rozważań przy kawie, obok oświadczeń i social-mediowych operacji – toczy się w każdym z nas nasza prywatna i mała walka, walka o dobre serce, bitwa o patrzenie na drugiego z największą miłością, na jaką nas stać, batalia o to, czy dzisiejszy dzień wywoła na Bożej twarzy szczery uśmiech. Świętość Kościoła zawsze będzie na samym dole, w ludziach, nie w ideach, nie w wielkich słowach i zapewnieniach. Gdzieś w sercu człowieka okazuje się, czy i jak Jezus będzie się po naszym świecie poruszał. On chce. Ale bez naszej zgody będzie miał pod górkę.

Rozmawiajmy, debatujmy, dzielmy się obawami. Ale nie wylejmy dziecka z kąpielą i bardziej niż o publiczną debatę zadbajmy o swoje podwórko. O serce.