Przejdź do treści

O marzeniach

Na samym początku zaznaczam, że wpis nie ma w sobie nic z lokowania „produktu” (sorry Kondziu!). Nie został napisany z poczucia sympatii, czy braterstwa. Koniec końców to nie będzie wpis o człowieku, ale o Bogu. Ale od początku. Pewnego dnia dostałem wiadomość od Konrada, mojego przyjaciela, że jeden z dziennikarzy lokalnej prasy zainteresował się jego historią i że jak wszystko dobrze pójdzie, to za kilka tygodni będę mógł przeczytać o nim kilka słów w gazecie. Do artykułu oczywiście odsyłam, ale mam w związku z nim kilka, wydaje mi się, bardzo prostych myśli.

Konrad przyniósł tę gazetę dzisiaj. Mogłem do niego mówić… Tia. Stał i czytał, niczym zamrożony. Zaraz potem, przed jego wyjściem, zapytałem wprost:

„Czy mogę o tym, co Twoje, napisać na blogu? Ale tylko pod jednym warunkiem – nic dla Ciebie. Wszystko na Jego chwałę!”

Po tym zdaniu zobaczyłem ten mega wielki uśmiech i już wiedziałem, że radością Konrada jest to, żeby jego świadectwo niosło się jak najdalej.

Otwieram gazetę, i patrzę na tytuł: „Marynarz, który woli piłkę i śpiew.” Historia Kondzia jest tak rozbudowana, że nie mam tu absolutnie odwagi, aby ją opisywać. Dla mnie ważny jest jeden fakt. Skończył Akademię Morską, pływał po oceanach, tam (co dla niego ważne – przez św. Józefa!) nawrócił się, a teraz robi to, co jest jego największym marzeniem – trenuje piłkę nożną, jest bramkarzem.

Często jest tak, że Bóg „wymaga” od nas czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się być głupie i totalnie nierozsądne. Żyjesz, niby jesteś szczęśliwy, ale masz poczucie, że to wszystko jest jakieś… niepełne. Myślę, że wielu ludzi pukało Konradowi w głowę, kiedy postanowił zejść ze statku i rzucić swój zawód, do którego przecież przez lata studiów się przygotowywał. „Piłka? A z tego da się żyć? Naprawdę tego chcesz? Czy to rozsądne?” Na bank słyszał takie słowa. I tu wcale nie chodzi mi o to, żeby schlebiać Konradowi. Ci, którzy nas znają wiedzą, że jesteśmy daleko od takiej relacji. Po prostu wydaje mi się, że jego historia życia pokazuje fantastyczną prawdę – Bóg interesuje się tym, co mamy w sercu i zachęca nas, podprowadza, inicjuje w nas szalone dla świata pragnienia. Myślę, że w jakimś stopniu możemy to nazwać powołaniem. Masz marzenia? Nie są złe? Wiesz, że może się dziać przez to dobro? Jesteś w tym kierunku utalentowany? Czujesz, że to może zbudować dobrą relację z ludźmi i z Bogiem? Hm. To niby dlaczego nie można by tego nazwać Bożym planem na Twoje życie?

Fajnie jest mieć odwagę, która pozwala nam na nowe kroki! Jesteśmy młodzi! Nie przyzwyczajajmy się do rutyny, nie udawajmy ustatkowanych staruszków, którym do szczęścia wystarczą kapcie i telewizor. Odkrywajmy, szukajmy, podejmujmy ryzyko. Pytajmy Boga, czego od nas chce!

A, i ostatnia rzecz. Chwała Bogu za to, że daje nam tak dużo! Ja to widzę w swoim życiu. Konrad też. A Ty? Dostrzegasz, jak mocno jesteś obdarowany/a?

fot. Fotopstryki – Grzegorz Jania