Przejdź do treści

Teraz rozbity, potem silniejszy

Czasami boli nas serce, bo obserwujemy kogoś, na kim nam bardzo zależy, a kto chodzi takimi ścieżkami, o których my JUŻ wiemy, że najlepsze i najbezpieczniejsze nie są. Skąd ta nasza wiedza? Nie musi od razu wynikać ze zbyt wielkiego mniemanie o sobie. Każde życie jest inne, a rówieśnicy, choć przeżyli tyle samo dni, doświadczeniem mogą bardzo się różnić. A wielka to tajemnica, dlaczego jeden przez życie idzie jak po maśle i wie o nim tyle, co nic, a drugi walczy każdego dnia o przetrwanie. I mnie to niejednokrotnie frustruje, bo wydaje się to być potwornie niesprawiedliwe. 

Trudne jest to, że chcielibyśmy się podzielić wiedzą, ale nie chcemy przecież wyjść na przemądrzałych i nadętych. Było u nas „tak”, a teraz jest „inaczej”. Wiemy, czym „to”, czy „tamto” może się skończyć, tylko głupio nam otworzyć usta. Czy nie zostanie to zinterpretowane, jako wchodzenie z brudnymi butami tam, gdzie się nas nie zaprasza? Stoimy wtedy i patrzymy, jak toczy się życie kogoś, z kim przyszło nam iść ramię w ramię. Nagle mamy ochotę zacząć krzyczeć, że nie tędy droga, że to naprawdę jest ślepa uliczka. Czasem nawet zbieramy się w sobie i odnajdujemy odwagę potrzebną do rozmowy. Myślimy: „Powiem mu to, bo mam to już za sobą.” A odpowiedzi słyszymy słowa o naszym niezrozumieniu i otrzymujemy wykład z praw do podejmowania decyzji zgodnie z tym, co czujemy oraz o tym, że to nie nasze życie i nic nam do tego, jak owo wygląda. W środku nas ściska, bo przecież nie mamy złych intencji, bo wcale nie chcemy dla kogoś źle. Wręcz przeciwnie, wolelibyśmy sami znowu doświadczyć cierpienia, niż pozwolić, aby ktoś musiał przechodzić przez to, co było już naszym udziałem. Wielu z nas ma ten instynkt: obronić bliskich przed cierpieniem.

Nieusłyszani patrzymy ze smutkiem, jak ktoś pakuje się w drogę nieznaną z wielką pewnością siebie, absolutnie nie zdając sobie sprawy z tego, że zaraz straci grunt pod nogami. Stoimy i patrzymy modląc się po cichu, żeby oberwał, skoro musi, ale żeby dostało mu się delikatnie, albo tylko tyle, ile musi – nie więcej.

—–

Z drugiej strony pojawia się we mnie inna myśl.

Może jesteśmy tacy, jacy jesteśmy właśnie przez to, co przyszło nam przeżyć i przez to, co spadło na nas jak grom z jasnego nieba? Gdyby kiedyś ktoś obronił nas od trudnych sytuacji, może z tej trudnej lekcji nic byśmy nie wyciągnęli? Czyli co: wychodzi na to, że nie powinniśmy oszczędzać naszym bliskim okazji do upadku? Bo człowiek uczy się na błędach? Bo co nas nie zabije, to nas wzmocni? Bo w końcu „wystarczy ci mojej łaski”? Może czasem trzeba się o coś rozbić, żeby wyjść mocniejszym?